Na pierwszym zdjęciu: pani Bernadeta Lamparska (z lewej) oraz pani Irena Wosik (z prawej)
Bernadeta Lamparska mieszkała z rodzicami, siostrą i dwoma starszymi braćmi przy ul. Inowrocławskiej. Z czasu wojny pamięta dobrze gorliwego SA-Manna Fischera, który zamieszkał z rodziną w ich domu na piętrze. (Do wojny mieszkanie to zajmował oficer WP major Tabat z rodziną). Fischer kontrolował tę część Podgórza, a rozmawiających po polsku dzieci ostrzegał przed poważnymi konsekwencjami w stosunku do nich i ich rodziców. Bernadeta widywała też codziennie obok ich domu i ogrodu nie maszerujące, lecz wlekące się z wyczerpania kolumny jeńców rosyjskich. Maszerowali oni na poligon do budowy tzw. koszar. Były to pomalowane na zielono drewniane baraki postawione na fundamentach z cegieł. (W styczniu 1945, gdy Niemcy wycofywali się baraki te zostały podpalone. Okoliczni mieszkańcy Podgórza gasili je chcąc uratować drewno. Po wojnie przyjeżdżali tam wozami konnymi młodzi adepci do zakonu Redemptorystów i cegły z fundamentów brali na wykończenie budowanego kościoła przy ul. Św. Józefa). Bernadeta wraz z matką i rodzeństwem, podobnie jak wielu innych mieszkańców Podgórza, widząc przechodzących zgłodniałych jeńców sowieckich rzucała im ziemniaki, marchew i chleb. Straszny to był widok walczących o każdy kęs pożywienia ludzi… Maszerujących pilnowali starsi już wiekiem wartownicy niemieccy. Większość z nich udawała, że nie widzi tych prób „dokarmiania”, ale byli też i służbiści.
Jesienią 1943 roku jedna z takich akcji pomocy jeńcom skończyła się wręcz tragicznie dla matki Bernadety. Właśnie zbierały w ogrodzie świeże pomidory, gdy zobaczyły zbliżającą się kolumnę jeńców. Helena Lamparska owinęła chleb w papier i rzuciła przez płot. Pilnujący Niemiec zareagował prawie natychmiast. Być może obawiał się, że w paczce mogą być jakieś niebezpieczne przedmioty? Do domu Lamparskich przyszło dwóch mundurowych z bronią długą i aresztowali matkę Bernadety. Ślad po niej zaginął. Ojciec szukał swej żony wszędzie, wreszcie na Komisariacie Policji przy obecnej ulicy Wały gen. Sikorskiego dowiedział się, że przebywa w areszcie śledczym w tzw. „okrąglaku”. Nie było możliwości widzenia, wiadomo było tylko, że dostała pracę najpierw w kuchni więziennej, a potem w więziennym warsztacie krawieckim, w którym aresztanci naprawiali przywożone z frontu uszkodzone mundury niemieckie. W poszukiwaniach i dalszych próbach wydostania pani Heleny z rąk Niemców najwięcej pomagał lekarz z Podgórza o nazwisku Bernard Hinz. Był on Niemcem przybyłym z Gdańska. Pisał on szereg listów do urzędów prosząc o zwolnienia matki Bernadety z aresztu z uwagi na jej zły stan zdrowia. W tym celu wystawił jej nawet fałszywe zaświadczenie lekarskie. Wreszcie po 6 miesiącach pani Helena Lamparska wyszła na wolność. (Lekarz Hinz pozostał po wojnie w Toruniu, pracował w Przychodni Lekarskiej w parowozowni na Kluczykach, grób jego jest na tzw. nowym cmentarzu na Podgórzu).
Czasami ojciec zabierał Bernadetę rowerem do lasu na grzyby w rejon Glinek. Gdy przejeżdżali wzdłuż płotu Stalagu XX C mała Bernadeta zamykała z przerażenia oczy. Nie mogła znieść widoku jeńców stojących za drutem kolczastym...
Irena Wosik mieszkała z rodzicami i braćmi przy ul. Szubińskiej 2/4. Do szkoły podstawowej przy ul. Poznańskiej chodziły dzieci niemieckie i polskie. Odróżnić je można było na przerwie po…śniadaniach. Dzieci Niemców lub Polaków, którzy przyjęli niemieckie obywatelstwo miały chleb zawsze czymś obłożony. Polacy mieli najczęściej placki ziemniaczane lub sam chleb. W tejże szkole władze niemieckie urządziły punkt przyjmowania wniosków na niemieckie obywatelstwo. Głód i troska o przetrwanie robiły swoje. Irena pamięta jak udała się tam z matką, ojcem i rodzeństwem na rozmowę kwalifikacyjną. Matka mówiła biegle po niemiecku, urodziła się w Bremie, ojciec również nie miał większych problemów w porozumiewaniu się tym językiem. Jej samej i braciom urzędnicy też zadawali różne pytania po niemiecku…udało im się na szczęście na nie jakoś odpowiedzieć.
W 1941 roku przed ich domem powstał wielki plac budowy. Pracowano od świtu do zmroku. Miał to być nowy obóz dla jeńców wojennych (Stalag XX C). Z kierunku miasta dowożono materiały budowlane. Majstrami byli Niemcy. Do pomocy mieli polskich robotników i jeńców brytyjskich. Wymurowano dwie kuchnie, jak się później okazało jedna była przeznaczona dla Brytyjczyków, druga dla Rosjan. Wokół nich stawiano w bardzo szybkim tempie drewniane baraki. Całość otoczona była podwójnym płotem z drutu kolczastego.
Wkrótce obóz zapełnił się jeńcami wojennymi. Po szkole można było się bawić w pobliżu drutów. Wartownicy niemieccy nie reagowali na dzieci. W niedziele Irena z rodzeństwem chodziła w rejon Fortu XI. W jego pobliżu był schowany w zaroślach mały podobóz (Fort XI A), w którym przebywali Anglicy. Rzucali oni dzieciom przez płot m.in. pachnące mydło (rarytas w porównaniu z szarym wojennym mydłem tzw. Kriegsseife), suszone śliwki, czekoladę i różne porcelanowe pamiątki z Torunia, które jeńcy mogli kupić w kantynie obozowej. Brat Ireny Janek dostał na przykład od Anglika własnoręcznie wykonaną z drewna dużą przyczepę autobusową.
W 1943 roku do obozu koło domu przyjechali też jeńcy włoscy. Irena dobrze pamięta jak wołali oni prosząc zza drutu kolczastego „Potate, Potate (ziemniaki)”. W rewanżu Włosi rzucali dzieciakom koce wojskowe. Często Irena widywała maszerujących jeńców francuskich w furażerkach z pomponami z przodu.
Jednak ten z początku sielski obraz obozu widziany oczyma małej Ireny zaczęły przyćmiewać upiornie wyglądające wozy konne z wysokimi burtami, które nie były ciągnione przez konie, lecz pchane przez ludzi-rosyjskich jeńców wojennych. Wypełnione one były po brzegi nagimi ciałami Rosjan. Do południa jechał jeden wóz, po południu drugi. Irena widziała nieraz jak niektóre ręce poruszały się jeszcze...
Pewnego razu mama Ireny stojąc przy płocie zauważyła wartownika niemieckiego poganiającego bagnetem założonym na karabin ledwo trzymającego się na nogach jeńca rosyjskiego. Nie wytrzymała i zwróciła głośno uwagę Niemcowi, by nie poganiał go, bo jest chory. Ten odkrzyknął do niej „Halt die Schnauze!” (stul pysk!), odprowadził jeńca za domy i pchnął bagnetem. Zwłoki kopnął nogą do rowu.
W lutym 1945 roku przyszli żołnierze sowieccy. Kwaterowali oni w mieszkaniu Wosików. Obóz opustoszał, teraz można było się bawić na jego terenie. Irena pamięta dobrze młodego jeńca rosyjskiego o kulach, który pozostał w obozie. Cały czas mówił do niej, że mu się podoba. Nie rozumiała tego wtedy jako 13-letnia dziewczynka, teraz zadaje sobie pytanie, czy nie chodziło mu może o to, by znaleźć jakąś sposobność na pozostanie w Polsce i przeżycie? W obozie umarło wtedy z przejedzenia i innych chorób wielu Rosjan. Polska milicja „zebrała” miejscowych chłopaków ( w tym 2 braci Ireny) do zakopywania ciał. Obóz zapełnił się znowu jeńcami wojennymi. Tym razem byli to Niemcy…
Irena i Bernadeta spotkały się po wojnie znów w szkole podstawowej przy ul. Poznańskiej. Trafiły do jednej klasy. Nie wiek decydował o wyborze klasy, lecz znajomość języka polskiego. A z tym nie było najlepiej…
Szkoła chodziła sprzątać na cmentarz jeńców wojennych w Małej Nieszawce. Były tam całe rzędy grobów pojedynczych i zbiorowych oznakowanych drewnianymi tabliczkami informującymi o numerze grobu i ilości pochowanych żołnierzy. Kiedyś Irena i Bernadeta były świadkami prac jakiejś komisji na cmentarzu i odkopania niektórych grobów. Widziały leżące w nich dziesiątki zmarłych Rosjan. Włosi chowani byli też na tym cmentarzu, ale w osobnym miejscu. Szczególnie wyróżniał się tam grób włoskiego kapelana wojskowego. Z czasem groby te zniknęły. Władze włoskie ekshumowały swych żołnierzy i zabrały do rodzinnego kraju...
Pani Irena Wosik podarowała naszemu Muzeum małe porcelanowe puzderko, które nieznany
jeniec brytyjski z podobozu Fortu XI A rzucił jej w prezencie przez ogrodzenie z drutu kolczastego...



