Muzeum Historyczno-Wojskowe

» Historie rodzinne » Leon Wosik

Leon Wosik - jeden z ostatnich żyjących świadków funkcjonowania obozu dla jeńców wojennych STALAG XXC w Toruniu. Mieszkał z rodzicami prawie naprzeciwko głównej bramy wjazdowej do obozu. Był wtedy uczniem niemieckiej szkoły podstawowej. Po zajęciach lekcyjnych wraz z rodzeństwem i kolegami bawili się wokół obozu, choć czasami niektóre ich zabawy mogły kosztować życie. Wartownicy niemieccy nie reagowali specjalnie na bawiące się dzieci.


Leon pamięta początki powstawania obozu na Glinkach, gdy w 1940/42 r. budowali go jeńcy brytyjscy pod nadzorem niemieckich majstrów. W budowie pomagały też prywatne firmy toruńskie i sami mieszkańcy miasta chcący zarobić trochę dodatkowych marek. Baraki stawiane były na drewnianych palach, tak że pomimo nierówności terenu stały one jednej wysokości. Cały teren ogrodzono drutem kolczastym na drewnianych słupach. Druty te wkopane były również w ziemię, by zapobiec ewentualnym podkopom. Od strony wewnętrznej płotu również był dodatkowy pas zasieków, tak, by nie można było podejść bezpośrednio do zewnętrznego ogrodzenia. Postawiono również wieże strażnicze, a cały teren był oświetlony w nocy lampami. Jesienią 1941 r. zaczęły przyjeżdżać pierwsze masowe transporty jeńców radzieckich. Przez pierwszy okres Rosjanie spali pod gołym niebem, gdyż ich baraki nie były jeszcze wykończone. Sam obóz został podzielony na sektory angielski i rosyjski (później doszedł włoski). Dla każdego z nich była oddzielna murowana kuchnia. Anglicy mieli jeszcze świetlicę, w której stało pianino. Odbywały się tam występy obozowych zespołów muzycznych oraz teatru. Przed świetlicą ustawiono dla jeńców wysoki przyrząd do ćwiczeń gimnastycznych. Anglicy grywali chętnie w palanta, w piłkę nożną i organizowali mecze bokserskie. Latem uprawiali małe ogródki warzywne i opalali się na leżakach. W początkowym okresie niewoli głodowali trochę, lecz wkrótce już zaczęły dochodzić do nich regularnie paczki z Czerwonego Krzyża. Czegóż to nie było w nich: grube czekolady, kakao, kawa, wołowina argentyńska w puszkach, tytoń, ciastka, suszone rodzynki i śliwki. Torunianie i sami nawet Niemcy mogli sobie tylko pomarzyć o takich delikatesach. Leon i ferajna wymieniali się z Brytyjczykami na mąkę i chleb.



Baraki były albo jednoizbowe albo podzielone na pokoje. W korytarzu na półkach ułożone były gry zespołowe. Wewnątrz ustawione były duże piece, tzw. kozy. W każdym baraku była pompa głębinowa do nabierania wody na bieżące potrzeby. Łaźnie były osobno. Była też biblioteka, szwalnia i „odwszawiania” dla nowo przybyłych jeńców.


Rosjanie spali w takich samych barakach. Każdy miał swoją szafę na ubrania. Łóżka były zbite z desek, a tzw. papierowe sienniki wypełnione były słomą. Jednak oni żadnych paczek nie dostawali. Tam był straszny głód. Chłopi polscy dowozili produkty rolne, ale tego wszystkiego było za mało. Niemcy nie byli przygotowani na przyjęcie tak dużej ilości jeńców sowieckich. Leon dokarmiał jak mógł tych biedaków (choć w domu też się nie przelewało). Wieczorem chodził z kolegami pod baraki żołnierzy niemieckich i prosił o resztki chleba. Niemcy dzielili się chętnie. Leon biegł następnie z chlebem do Rosjan. Zostawiał go w umówionym miejscu. Za to otrzymywał od nich własnoręcznie wykonane zabawki, a raz jeden Rosjanin widząc u niego podarte buty poprosił go o podanie rozmiaru stopy. Następnego dnia na Leosia czekały pięknie wykonane w obozowych warunkach buty...


Każdego dnia rano kolumny jeńców wychodziły z obozu do pracy w różnych punktach miasta. Większość z nich udawała się na Kluczyki. Tam firma Siemens zaczęła budowę nowoczesnej stacji kolejowej, parowozowni, wieży ciśnień i innych obiektów, które zachowały się w bardzo dobrym stanie do dziś. Na poddaszu można jeszcze teraz obejrzeć odciśnięte w betonowej posadzce ślady wojskowych butów jeńców. Anglicy wykonywali lżejsze prace, natomiast Rosjanie zasypywali piaskiem bagna. Wielu z nich wpadło z wycieńczenia do głębokich wykopów , nikt nie miał siły ich wyciągnąć. Umieralność wśród Rosjan była coraz to większa, chłód, głód, ciężka praca, brak potrzebnych medykamentów robił swoje… Niemcy wywozili ich wozem konnym na cmentarz w Małej Nieszawce. Chowali ich w ponumerowanych mogiłach zbiorowych. Pośrodku postawiony był duży drewniany krzyż prawosławny (po wojnie Polacy spiłowali go i sprzedawali w kawałkach jako opał).


W 1943 roku przybyli do obozu Włosi. Jeńcy byli kompletnie wyposażeni. Nie mieli tylko broni palnej w kaburach. Oficerowie posiadali szable. Był między nimi ksiądz kapelan. Mógł on swobodnie opuszczać obóz. Chodził do kościoła na Podgórzu i odprawiał msze w j. włoskim. Podgórzanie słuchali ich z zaciekawieniem. Mojemu bratu podarował w wymianie towarowej nawet swój medal z I wojny światowej. Przebywał na Podgórzu jeszcze jakiś czas po zakończeniu wojny.


„…Kiedyś bawiąc się koło obozu usłyszeliśmy z kolegami przeraźliwe krzyki bitego Rosjanina dobiegające z niemieckiego baraku. Nie mogliśmy tego po prostu dłużej znieść. Zebraliśmy cegłówki i obrzuciliśmy nimi barak. Krzyki umilkły, a z baraku wybiegli Niemcy w poszukiwaniu sprawców. Uciekaliśmy wtedy co sił w nogach w kierunku poligonu. Udało się, choć jak sami później stwierdziliśmy było to bardzo lekkomyślne z naszej strony. Niemcy mieli zaraz obok barak z psami wartowniczymi. Łatwo odnalazłyby one nasz ślad. Na kolejny dzień Rosjanina tego wyprowadził za obóz żołnierz niemiecki i zabił bagnetem…”.


Nadszedł styczeń 1945 roku. Niemcy ewakuowali obóz w kierunku na Zachód. Pozostali tylko niezdolni do marszu Rosjanie. Wtedy obóz był „nasz”. Biegaliśmy po całym jego terenie, bawiliśmy się w chowanego itp.


Nadeszli Rosjanie, a wraz z nimi polscy żołnierze. Jakże bardzo cieszyliśmy się z widoku polskich mundurów i orzełków na rogatywkach, lecz cóż… nie mieli oni w ogóle amunicji do swych karabinów. Ale od czego mieli nas… Pędem pobiegliśmy na poligon w miejsce, gdzie trwały walki o zdobycie Torunia. Ile kto mógł nazbierał do kieszeni amunicji, cali poprzewieszaliśmy się taśmami z amunicją do CKM-u i biegiem na wyścigi z powrotem do naszych żołnierzy. A oni obskoczyli nas z radością zrywając z szyj taśmy nabojowe. Baliśmy się, żeby nie oderwali nam w tym entuzjazmie głów… no i wkrótce pojechali dalej na front.






Serwis działa na silniku www.windu.org