Urodziłem się w 1929 roku. Rodzina moja mieszkała w Toruniu na ul. Wiązowej 16. Miałem 4 starszych braci i siostrę. Najstarszy brat Jan był zawiadowcą na stacji PKP Toruń-Miasto. Ojciec - Jan Zieliński -był robotnikiem na kolei, pracował przy rewidentach. 1 września 1939 nie poszedłem do szkoły. Propaganda straszyła nas wtedy, że to nadchodzą zbrodniarze niemieccy. Część Niemców była rzeczywiście zbójami. Ale nie wszyscy. Na ulicy Wiązowej w Toruniu mieszkało przed wojną dużo Niemców, m.in. Blum, Neumann, później na rogu ul. Podgórnej i PCK zamieszkał gestapowiec Schwarz.
3 września 1939 r. gdy ojciec był jeszcze w pracy, przyjechał najstarszy brat Jan i zawiózł samochodem mnie, brata Kazika, siostrę i mamę na dworzec główny i wsadził do pociągu. „Nasza podróż” trwała 14 dni ... Mieliśmy przystanki m.in. w Warszawie. Byli z nami głównie cywile. Wojsko jedynie doczepiało się ze swoimi wagonami do naszego składu na krótkie odcinki. Bronili oni nas przed atakującymi samolotami niemieckimi. Piloci Luftwaffe ostrzeliwali pociąg z broni maszynowej. Podczas jednego z takich ataków zginęło ok. 7 Żydów, którzy jechali w ostatnim wagonie doczepionym do składu w Warszawie. Dojechaliśmy aż za Lwów do wschodniej granicy na małą stację kolejową Mizocz (pow. Zdołbunów). Dalej pociąg już nie jechał.
W miasteczku zamieszkanym w większości przez ludność żydowską i ukraińską była jeszcze władza polska. Porozdzielano nas po okolicznych gospodarstwach. Po 3 dniach wkroczyli żołnierze sowieccy. Krótko przed ich nadejściem zaktywizowali się miejscowi nacjonaliści ukraińscy. Gospodarze ukraińscy ze strachu wygnali nas nocą z zajmowanego domu. Schowaliśmy się w szopie z baranami. Obok nas był młyn, w którym mieszkały dwie polskie rodziny. Widziałem jak nocą Ukraińcy powiesili na dużym dębie młynarza i nauczyciela wraz z ich rodzinami. Do końca życia będę pamiętał ten widok...
Rankiem przyszli Rosjanie. Najbardziej podejrzanie patrzyli na brata Kazika, który miał wtedy 17 lat. Zrewidowali go dokładnie i wylegitymowali. Władza sowiecka zezwoliła chętnym na podjęcie pracy u miejscowych gospodarzy. Siostra, mama i brat poszli do pracy na roli. Przebywaliśmy tam około 4 tygodnie. Następnie udaliśmy się do Lwowa, gdzie byliśmy kolejne 4 tygodnie. Spaliśmy po piwnicach. W dzień Czerwony Krzyż rozdawał potrzebującym ciepłą strawę w postaci dużej łyżki kapusty i 2-3 ziemniaków. We Lwowie zaczęły nagle krążyć pogłoski, że Rosjanie będą lada dzień wywozić Polaków na Syberię. Granica między Rosja Sowiecką i Niemcami była zamknięta. Mama miała trochę pieniędzy z sobą, siostra zaczęła organizować przejście przez „zieloną granicę”. Przewodnikom zapłaciła 200 srebrnych złotych i zostawiła pierzyny. Przez Jarosław dotarliśmy nad granicę. Przez rzekę graniczną San przepłynęliśmy nielegalnie na łodziach. Przewodnicy chyba dzielili się tymi pieniędzmi z rosyjskimi i niemieckimi strażnikami granicznymi, bo jak płynęliśmy łódką, to i jedni i drudzy się odwracali udając, że nas nie widzą.
Będąc już po „niemieckiej” stronie poszliśmy oficjalnie do urzędu, gdzie wydano nam bilet kolejowy na powrót do Torunia. Matka mówiła dobrze po niemiecku, więc urzędnicy nie stwarzali żadnych problemów, a Toruń należał już wtedy do Rzeszy Niemieckiej. Jechaliśmy okrężną drogą przez Katowice i Poznań. W Poznaniu mówiono nam, że Toruń został zniszczony od działań wojennych. Tułaliśmy się już prawie 3 miesiące. W ostatnią niedzielę listopada 1939 przekroczyliśmy próg rodzinnego domu, w którym czekał na nas ojciec z 3 braćmi.
Zaczęło się życie pod okupacją. Wszystko było w sklepach na „kartki”, z których trudno było przeżyć. Ojciec jako pracownik kolei załatwiał dodatkową żywność od znajomych Niemców. Kiedyś podczas pracy na Dworcu Głównym został zatrzymany do kontroli przez „Bahnschutz” (Ochrona kolei). Niósł wtedy w wiadrach węgiel, ale Niemcy znaleźli schowane pod nim 2 kaczki. Zatrzymali go przez całą noc na Gestapo, bili okrutnie i na drugi dzień puścili.
Już wtedy władze niemieckie zaczęły straszyć ojca, że zamierzają aresztować jego synów. W ten sposób sugerowali mu, by przyjął niemieckie obywatelstwo (DVL). W budynku Ortsgruppe NSDAP na rogu naszej ulicy urzędował Ortsleiter Neumann. W 1943 roku rodzina nasza przyjęła ostatecznie tzw. III grupę.
Na konsekwencje tego nie trzeba było długo czekać. Pierwszy do Wehrmachtu poszedł brat Kazik, (trafił na Front Wschodni, podczas walk na Litwie w 1944 r. został ranny, leżąc usłyszał głosy Rosjan i Polaków, lecz bał się poruszyć. Poczekał do zmierzchu, a następnie na własną rękę dotarł do linii niemieckich. Skierowano go do lazaretu, statkiem przewieziono w głąb Niemiec. W szpitalu poznał Niemca, z którym wspólnie uciekli. Z wojny do Torunia powrócił…bryczką zaprzęgnięto w 2 konie). Zaraz za nim wzięli drugiego brata Józefa. Trafił on na przeszkolenie do Marsylii. Służył w artylerii nadbrzeżnej. Dostał się do amerykańskiej niewoli. Stamtąd trafił do 2 Korpusu Polskiego gen. Andersa. Walczył w szeregach Wojska Polskiego we Włoszech. Po wojnie był w Wielkiej Brytanii. Jako krawiec z zawodu miał propozycję wyjazdu do Kanady, lecz wrócił do Polski. Brat Jan też służył w Wehrmachcie nad kanałem La Manche. Podczas inwazji zdezerterował i trafił do niewoli brytyjskiej. Następnie zgłosił się do Wojska Polskiego i pracował przy obsłudze lotniska wojskowego. On też wrócił po wojnie do kraju.
Czwarty brat Edward, urodzony w 1921 r., rozpoczął pracę jako goniec w Zakładzie Grawerskim przy ul. Mostowej i Podmurnej.
Właścicielem był Niemiec o nazwisku Rausch. Kupił on bratu rower i ubrał go. Był zadowolony z niego jako pracownika. Z czasem brat wyuczył się zawodu grawera. Rausch reklamował go stale od poboru do armii. W zakładzie tym już przed wojną produkowano m.in. grawerowane skrzyneczki do biżuterii, a po 1939 r. tabliczki znamionowe do niemieckiego uzbrojenia. Syna właściciela Rauscha zamordowali w 1939 r. junacy polscy z PW (Przysposobienie Wojskowe). Wyzywał on eskortę podczas tzw. Marszu Śmierci do Warszawy. Był młody, miał dwadzieścia kilka lat i zgrywał bohatera. Za to go zabili bagnetami. Po zakończeniu kampanii wrześniowej Niemcy powyłapywali junaków z PW, zrobili proces pokazowy i kilkudziesięciu zabili. W PW był też nasz kuzyn. Stary Rausch nie miał jednak pretensji do Polaków za zabicie jego syna. Władze niemieckie chciały go ukarać za taką postawę. W firmie Rauscha Rosjanie produkowali zaraz po wojnie medale, później robiono tam zabawki. Następnie zakład przeniesiono na ul. Grudziądzką (obecny budynek prokuratury).
Edward poszedł do Wehrmachtu, ale dopiero w 1944 roku. Skierowany został na przeszkolenie wojskowe dla mechaników do Wiednia. Ja uczęszczałem do niemieckiej szkoły podstawowej przy ul. Łąkowej 9. Świadectwo ukończenia piątej klasy otrzymałem 25 marca 1944 r.
Naukę do zawodu w specjalności tokarz rozpocząłem 1.04.1944 . Chodziłem wtedy do szkoły dla dorosłych przy ul. Prostej. W klasie było 12 uczniów, jednym z nich był Niemiec Runge. Jego ojciec był naszym majstrem i traktował nas wszystkich jak swoich synów. Warsztat i zarazem praktyki mieliśmy w barakach przy hali balonowej. Wejście było od strony nieistniejącego już Dworca Zachodniego. Firma przyuczająca nas do zawodu, z którą jeden z rodziców musiał podpisać specjalną umowę o podjęciu nauki nazywała się „Weichsel Metall-Union Sils & Co.”

Kiedyś przyszedł do nas na warsztaty Betriebsleiter (kierownik zakładu) i zapytał, czy ktoś z nas wie gdzie jest w Toruniu Lindenstrasse (ul. Kościuszki). Do szkoły podstawowej chodziłem na ul. Łąkową i zawsze przechodziłem przez ul. Kościuszki, więc się zgłosiłem. Dyrektor zabrał mnie z sobą i od tej pory przez 3-4 miesiące jeździłem rowerem do niego do domu po śniadanie. (domu tego już teraz nie ma, stał w miejscu, gdzie jest teraz wiadukt, koło tzw. Bożej Męki. Odbierając śniadanie od jego żony zawsze dostawałem szklankę mleka i bułkę z masłem. Kierownik zakładu powiedział do mnie kiedyś, bym nie mówił do niego „Heil Hitler” tylko normalnie „Guten Tag”, gdy nie ma obcych w pobliżu. To samo dotyczyło jego żony.
W hali balonowej był wielki zakład przeniesiony z głębi Niemiec z Hameln. Produkował całe podwozia do samolotu Focke-Wulf. 90% załogi zakładu stanowili jeńcy wojenni, głównie Włosi i Francuzi. Produkcja była w dużej hali, do której dostawiono 2 baraki. Jeńcy mieszkali w barakach obok. Nikt ich nie pilnował. Pilnowano jedynie jeńców sowieckich. Oni pracowali przy załadunku towaru na wagony, gdyż do zakładu dochodziła bocznica kolejowa. Rosjan przywożono z obozu. Włosi grali z Francuzami w piłkę nożną na zrobionym przez siebie boisku. Część jeńców chodziła w mundurach wojskowych, a pozostali w ubraniach roboczych. Duży obóz Włochów był w Ostaszewie koło majątku. Na terenie byłego „Bumaru” przy ul. Lelewela i Grudziądzkiej pracowali w czasie wojny również jeńcy sowieccy na składzie złomu, który następnie przetapiano. Była tam odlewnia. Ostatnie półtora roku wojny Niemcy produkowali tzw. Landungsboote (łodzie desantowe).
Jesienią byliśmy zabierani ze szkoły do kopania okopów i rowów przeciwpancernych po drugiej stronie Wisły w kierunku na Aleksandrów Kujawski. Praca trwała 2 miesiące.
W grudniu 1944 r. zakład zorganizował dla pracowników wigilię w kinie „Tivoli” przy ul. Bydgoskiej (powojenne kino „Echo”). Śpiewaliśmy kolędy, była kolacja. Na pamiątkę dostałem w prezencie nóż. Zaraz po świętach zakład zaczął się ewakuować. Majster zebrał nas i powiedział na pożegnanie, że zostaniemy powiadomieni o terminie ponownego stawienia się do pracy.
Wojska niemieckie przygotowywały się w ostatnich dniach stycznia 1945 do opuszczenia Torunia. W magazynach żywnościowych Wehrmachtu przy ul. Dąbrowskiego można było znaleźć wszystko, wódkę, koniaki, papierosy. Poszliśmy tam z bratem Edkiem, który był wtedy na urlopie z wojska, na sanki zabraliśmy konserwy i dwa kartony tabaki. Wracając do domu zauważyliśmy Niemkę, która wyszła z bloków kolejowych przy Kaszowniku i zawołała pilnujących „Własowców”, by odebrali nam żywność. Brat uderzył mocno jednego „Wlasowca” i zaczął uciekać w kierunku Arbeitsamtu przy ul. Grudziądzkiej (Plac Artylerzysty), a ja uciekłem z sankami w drugą stronę.
31 stycznia 1945 Niemcy opuścili miasto. Podczas wyjścia z okrążenia dużo ich zginęło. Torunianie nadal wynosili żywność z magazynów. Nagle podjechał motocykl z żołnierzami rosyjskimi. Zabili wtedy jednego kolejarza, który nie chciał im oddać niesionej żywności. Zrobił się duży popłoch wśród cywili.
Żadnych walk w Toruniu nie było. Rosjanie poszli dalej na Berlin. W Toruniu zorganizowali wiele szpitali dla swoich rannych, m.in. w byłym budynku Arbeitsamtu. Właśnie ci ranni siali postrach na ulicach miasta, chodzili w piżamach po domach i rabowali co się dało. Kiedyś widziałem taki incydent na rogu ul. Bema i Chełmińskiej. Ranni musieli zapewne coś zrabować i ktoś zawiadomił NKWD. Gdy przyjechali to zaczęli tłuc swoich rannych kolbami od karabinów do krwi i zabrali ich.
Pewnego dnia przyszła do nas do domu pierwsza polska milicja i pytała o brata Edwarda. Ukrywał on się w piwnicy, bo z urlopu nie wrócił do wojska niemieckiego. Ktoś doniósł na niego. Chcieli koniecznie zobaczyć jego mundur, czy nie był aby w SS. Matka wyjęła z pieca ten mundur. Brat służył w formacji pancernej, więc miał czarną kurtkę, a na kołnierzach dwie małe czaszki. Zabrali go do więzienia w budynku obok kościoła św. Jakuba (obecnie Izba Skarbowa). Na drugi dzień zaprowadzili na Dworzec Wschodni i wywieźli do obozu w Ciechanowie. Edkowi udało się uciec z obozu, gdy wrócił do domu wyglądał jak diabeł, gdyż ukrywał się gdzieś w węglu. Z mojego domu Rosjanie zabrali też panią Scharmach, ale nie wiem za co… niby że była Niemką… . Byli to tacy sami Polacy jak my, jej mąż był kolejarzem w Dyrekcji Kolei.
Wszyscy bracia i rodzice przeżyli wojnę. Większych konsekwencji z racji posiadania III grupy DVL i służby w Wehrmachcie nie mieli.



