Muzeum Historyczno-Wojskowe

» Historie rodzinne » Leokadia Gąsiorek

Wspomnienia z II wojny światowej

Na podstawie pamiętnika Leokadii Gąsiorek

Jaszkim Oliwia kl. I D

 

Nazywam się Leokadia Gąsiorek. Urodziłam się w 1929 r. w województwie nowogródzkim, w powiecie Baranowicze na Kresach Wschodnich. Mieszkałam tam do 1940 r. wraz z czwórką rodzeństwa i rodzicami, którzy zajmowali się gospodarstwem. Matka i ojciec pochodzili z Bielowic w powiecie Opoczno, w województwie kieleckim i przesiedlili się na wschodnie rubieże Rzeczypospolitej. Mój najstarszy brat to Jan (późniejszy żołnierz dywizji kościuszkowskiej na terenie Rosji), młodszy- Tadeusz oraz siostry- Józefa i Helena. Byłam uczennicą klasy trzeciej Szkoły Powszechnej do lutego roku 1940. Na zesłaniu kontynuowałam naukę przez rok w szkole rosyjskiej. Klasę tę ukończyłam z wynikiem bardzo dobrym (po rosyjsku: otliczno) i otrzymałam świadectwo z wizerunkami Lenina i Stalina. Gdy nas przesiedlili znów zmieniłam szkołę. Przez pół roku uczyłam się na Ukrainie w powiecie aleksandrowskim, w województwie Kirowograd.

 

Ale powróćmy do 1939 roku. Wojna obronna Polski trwa u nas krótko. 17 września 1939 r. nasze tereny zajmują wojska sowieckie. W dniu 10.02.1940 r. NKWD wywozi z Mordyczy polskich osiedleńców na Kresach Wschodnich w głąb Rosji. Mamy 25 minut na spakowanie naszych rzeczy. Mając jedenaście lat wyruszam wraz z rodziną na daleką północ Rosji w rejon Archangielska. Niektórych naszych sąsiadów, również osiedleńców, wiozą do kopalń w Kazachstanie. Oficerowie Wojska Polskiego, policjanci i nauczyciele trafiają od razu do więzienia i tam zostają rozstrzelani. Domy należące do polskich oficerów NKWD podpala. Z życiem uchodzą tylko ci, którym w porę udaje się nielegalnie przekroczyć granicę rosyjsko-niemiecką.

 

NKWD zebrało wypędzonych z domostw Polaków na stacji w Baranowiczach. Było tam okropnie. Mróz odmrażał kończyny, panowało zamieszanie. Przerażeni i zdesperowani ludzie klęli i płakali. Znaleźli się śmiałkowie, głównie młodzi chłopcy, próbujący uciekać. Nagle podjechały długie transporty wagonów bydlęcych, do których upychano ludzi. Tak zapakowani dojechaliśmy do Nowogródka, gdzie zepchnięto nas na bocznicę. Tam staliśmy głodni przez trzy dni. Tory były zajęte, ponieważ sortowano wagony, które przyjeżdżały z najróżniejszych zakątków Polski. Wagony te były podzielone wewnątrz na dolną i górną część. U góry znajdowały się z desek zrobione nawy do spania, gdzie wszyscy układali się ściśle jeden obok drugiego. W ścianie na dole była wykuta dziura, do której było przybite koryto z desek pełniące rolę klozetu. Zapłakane dzieci domagały się jedzenia i picia. W ściankach wagonu były pokryte szronem śruby, które spragnieni ludzie lizali, by choć na chwilę zaspokoić pragnienie.

 

 

Kiedy przekroczyliśmy dawną polską granicę, żołnierz sowiecki zabrał ze sobą dwóch mężczyzn, którzy poszli z wiadrem po zupę. Każdy dostał porcję. Po dotarciu do portowego miasta Archangielsk, wyładowano nas z wagonów i skierowano do wielkiej sali, gdzie kazano nam czekać do momentu, aż przyszedł żołnierz i ogłosił miejsca odjazdu dla poszczególnych osób.

 

Kołchoźnicy wieźli nas na saniach cały dzień. Na noc zostawiali nas w „kołchoźnych” domach, a sami powrócili do swojego kołchozu. Następnego dnia wieźli nas na nocleg do następnego kołchozu. 3.03.1940 r. dotarliśmy na miejsce. Na wielkiej polanie w środku lasu stały baraki, posterunek, łaźnia, kuchnia oraz barak „osobisty”. Ten ostatni przeznaczony był dla uciekinierów i zesłańców, którzy za bardzo „interesowali się” polityką.

 

Baraki zbudowane z grubych bali, pomiędzy którymi były poprzekładane warstwy mchu. Gnieździły się tam całe roje pluskiew. Łóżka były żelazne, ale pomiędzy śrubami roiło się od jaj pluskiew. Próbowano je zwalczyć, wstawiając pudełeczka z wodą pod nogi łóżka. Jednak to nie pomagało… Po każdej nocy byliśmy „opieczętowani” czerwonymi plamkami od pogryzień. Przez środek baraku była przeciągnięta gruba rura wyciągnięta na zewnątrz, przez którą przelatywał dym z wielkiego pieca. Nagrzana dawała ciepło. Nie mieliśmy światła. Z długich, metrowych nie smolnych kloców mężczyźni cięli siekierą cienkie deseczki, zwane łuczywem. Górny koniec wsadzano w szczelinę pomiędzy balami, a dolny znajdował się niżej. Całość zapalano od dołu. Kiedy kończyło się palić, przygotowywano następne. Na uboczu wybudowana była wielka stajnia dla koni kołchozowych. Przeznaczone one były do wywózki drewna. Po trzech dniach pobytu brygadzista posortował Polaków do poszczególnych prac.

 

Ze snu budził nas dudniący wielki, żelazny dzwon. Po przebudzeniu szliśmy do kuchni po zupę, zwykle jęczmienną, rzadziej kukurydzianą lub owsianą. Do tego chleb: dzieci dostawały 400g chleba, dorośli 500g chleba, a jeśli wyrobili normę to 1 kg. Drugie danie to kotlet z tłuczonych kartofli.

 

W pracy jedna brygada ścinała ręczną piłą grube drzewa, druga gałęzie, trzecia przecinała piłą ręczną drzewo na długie budowlane kloce, a czwarta ładowała je na sanie. Tak przygotowane wywożono nad rzekę. Mężczyźni zajmowali się ładowaniem i zwalaniem ich z sań oraz układaniem kloców nad rzeką w duże pryzmy. Kobiety zajmowały się przeważnie obcinaniem gałęzi i układaniem ich na stos. Po pracy wszyscy szli do kuchni na zupę. Wiosną mężczyźni przez dwa miesiące spławiali drewno. Po pracy nie wracali do obozu tylko spali na gałęziach nad rzeką. Wszystkie kloce musieli oni zepchnąć z pryzm do rzeki, która płynęła przez las. Celem było przetransportowanie wodą drewna do portu w Archangielsku. Mężczyźni szli po obu stronach rzeki z bosakami obsadzonymi na długich kijach pilnując, ażeby drzewa nie porobiły zatorów. Czasem usunięcie takiego zatoru zajmowało więcej niż dwa dni.

 

Ciężka praca, złe wyżywienie i nieludzkie warunki życia były przyczyną wielu chorób, takich jak biegunka, tyfus, kurza ślepota itd. Na tyfus umierali nie tylko starzy ludzie, ale także młodzi. Objawami był silny ból głowy i gorączka, a później wypadanie włosów. Mężczyźni przeważnie umierali z przepracowania, na biegunkę lub z głodu. Więźniowie nie byli przygotowani do pracy w tak ekstremalnych warunkach. Nie posiadali odpowiednich ubrań, ani obuwia, więc odmarzały im palce u nóg, wdawała się gangrena (nie wydano nam żadnych ciepłych ubrań, mieliśmy tylko to co udało się zabrać w pośpiechu z domu). Jeżeli ktoś zmarł zimą, nie było szans na wykopanie grobu. Zwłoki wkładano do pustego baraku, gdzie gnieździły się szczury.

 

W 1942r. mój ojciec zachorował na „kurzą ślepotę” - nic nie widział w ciemności. Opuchły mu nogi i nie mógł się schylać. Mama umówiła się z młodą kołchoźnicą, która przywoziła owies dla koni, żeby wywiozła ojca z obozu do kołchozu. Dała jej za to poduszkę zabraną z domu i garnitur męża. Ojciec miał stamtąd dotrzeć do Szengurska. Gdy byli już niedaleko kołchozu, Rosjanka ta zepchnęła ojca z sań w ciemnym lesie na śnieg, przy 42-stopniowym mrozie. Nie widzący nic w ciemnościach ojciec wyczuwając jedynie rękoma ślady sań, podążał na kolanach krok po kroku ich śladem. Na szczęście po pewnym czasie zauważył migoczące światło. Dotarł do pewnego dom. Leżała w nim chora kobieta, która nie chciała wpuścić ojca. Po wielu błaganiach zgodziła się na przenocowanie jego w korytarzu. Z samego rana ojciec ruszył w dalszą drogę. Dotarł do Szengurska, gdzie został zatrudniony jako stróż nocny przy młynie. Mieszkał tu z Polakami w jednym domu, tzw. internacie. Ojciec nie przyznał się, że cierpi na „kurzą ślepotę”. Za dnia zapamiętał obejście wokół młyna, tak że nocą wiedział jak się poruszać. Z młyna kradł mąkę. Wiosną Polacy zbierali na łąkach szczaw na zupę (bogaty w witaminy szczaw wyleczył zesłańców z wielu chorób). Ci co pracowali dostawali zupę w sowieckiej kuchni. Jednak i to było za mało, wszyscy chodzili głodni. Za miastem były wysokie drzewa, na których kruki plotły gniazda. Ojciec w dzień nie pracował. W drodze wymiany towarowej zorganizował sobie tzw. raki dla elektromonterów. Przy ich pomocy wdrapywał się w wolny czas na drzewa i wybierał z gniazd młode kruki. Gotował Polakom zupę na rosole kruczym ze szczawiem.

 

Matka trudniła się paleniem w obozowej łaźni. Do jej obowiązków należało noszenie wody z rzeki do łaźni. Z ruskimi kucharkami załatwiła, żeby zostawiały jej obierki od ziemniaków. Suszyła je na piecu i gotowała dzieciom na litej wodzie. Jednak po ich zjedzeniu wymiotowaliśmy. Po pewnym czasie umówiła się z kucharkami, aby zostawiały resztki jedzenia. W zamian prała fartuchy, obierała ziemniaki oraz myła naczynia. Pamiętam, jak pewnego dnia mieliśmy na obiad kwaśną zupę oraz resztki chleba. Później matka ukradła owies przeznaczony dla koni, tłukła go siekierą i piekła nam z niego placki na piecu. Były tak prymitywnie zrobione, że nie dało się ich przełknąć. Niestety gdy jest głód, nie ma wyboru…

 

W łaźni stały obok siebie dwie dębowe beczki o pojemności ok. 100 l wody. W rogu stał wymurowany z kamienia duży piec, od którego do połowy pierwszej beczki była włożona gruba rura. Do pieca wkładano metrowe kloce, a jego rozpalenie zajmowało dużo czasu. Ogień z pieca dostawał się do rury, która się szybko nagrzewała. Druga rura była przeciągnięta na zewnątrz, skąd wychodził dym. Do beczek mama przynosiła wodę. Jak było ciepło na dworze chodziła ona boso. Zimą było gorzej. Z pełnymi wiadrami musiała podejść z nad rzeki pod górkę, woda wylewała się z wiadra na schody i od razu zamarzała. Śliska powierzchnia zmuszała do chodzenia w samych skarpetach, a od tego przecież niedaleko już do odmrożenia stóp. Matka przez rok się leczyła. Gdy nie pracowała to nie dostawała jedzenia. Jedna ze starszych Polek nakazała mi i mojej siostrze przynieść z lasu mrowiska. Nabrałyśmy ich dwa wiadra i szybko związałyśmy je sznurkiem. Starsza pani ugotowała wodę, wysypała mrówki i przykryła kocem. Z garnka dolatywał nieprzyjemnie gryzący zapach. Po wystudzeniu mama moczyła w tym nogi, powtarzając tę czynność przez całe lato. Wiosną miała wkładać stopy do worków wypełnionych młodymi liśćmi brzozy. Po wyjęciu stóp z worków liście te wyglądały jak spalone (zawierały leczniczy dziegć). Po tej kuracji mama wyzdrowiała.

 

Mój najstarszy brat Jan miał 15 lat i był bystry. Umiał czytać i liczyć po rosyjsku. Pracował w lesie wybijając młotkiem żelaznym numery na klockach. Chodził głęboko w las i zbierał dla rodziny grzyby oraz jagody. Rosyjski obozowy piekarz posadził sobie obok piekarni kapustę. Brat razem z kolegą postanowili ją kraść. Żeby dostać się do pola z kapustą trzeba było ze wzgórza obserwować wartownika, przeprawić się szybko przez sięgającą po pachy rzekę, przejść przez drogę i mały las. Zdobytej kapusty nie można było przynieść od razu do baraku, z uwagi na możliwość rewizji. Zakopywana ona była w lesie. Sprawa się kiedyś wydała, były przeszukania, ale winnych nie znaleziono. Niestety były to tylko „sezonowe” kradzieże, a zdobytej żywności nie można było nijak zaprawiać w słoikach na zimę.

 

W obozie spotkałam 24-letniego Stefana, który pochodził z Poznania. Przyjechał na Kresy Wschodnie przed wojną, by odwiedzić rodzinę. Pech chciał, że został wraz z nami zesłany na daleką Północ. Mężczyzna błagał moją matkę o łupiny ziemniaczane, które ona nam przygotowywała. Odmówiła mu, bo musiała nimi wyżywić czworo dzieci. Stefan nie przeżył obozu, ponieważ jadł suszone łupiny.

 

Żył tu też pan Bodura, który zajmował się pochówkiem umarłych. Postawił na wzgórzu cmentarza w lesie wielki, modrzewiowy krzyż. Spisywał na kartkach dane wszystkich zmarłych, wkładał je do butelek, które zakopywał następnie pod modrzewiowym krzyżem. Miał nadzieję, że w przyszłości miejsce to będą odwiedzać rodziny w poszukiwaniu swoich bliskich. Kiedy odszedł, zmarłych owijano szmatami.

 

Dzieci-sieroty po zmarłych rodzicach były zabierane do „ochronki” do miasta. Co 10, 15 lub 20 km znajdowały się osiedla, tzw. kwartały. Opiekowała się nimi pani Hanka Ordonówna, która do wybuchu wojny była znaną polską piosenkarką. Udało się jej wywieźć wiele polskich sierot do Iraku. Zmarła na gruźlicę.

 

Był rok 1943. Wojna toczyła się nadal. Wanda Wasilewska ze Związku Patriotów Polskich zaczęła współorganizować Ludowe Wojsko Polskie pod sowieckim dowództwem.

 

Zaostrzono nie wiadomo czemu postępowanie z polskimi więźniami. Szykowano mobilizację mężczyzn na wojnę, co trwało do jesieni 1943r.

 

W niedzielę, kiedy starsi chłopcy byli w domu, wybieraliśmy się na polanę, gdzie na wrzosowisku rosły prawdziwki. Pamiętam, jak je zebraliśmy i piekliśmy na ogniu. W maju chodziliśmy do „brzozowego zagajnika”. Było to takie miejsce w lesie, gdzie zawieszaliśmy obrazek Matki Boskiej i odprawialiśmy majówkę. Dostaliśmy zakaz od milicji modlenia się.

 

Jedna z kucharek miała dwie córki- Liolę i Wierę, które mieszkały wraz z nią w baraku w osobnym pokoju. Kucharka była rosyjską nauczycielką, więc nas uczyła. Zaprzyjaźniłam się z Wierą, a ona zaproponowała mi, że mnie zawiezie do ojca na widzenie. Ojciec jej był wojskowym, rzadko ich odwiedzał. Kiedyś zabrał nas do najbliższej wioski, gdzie moja przyjaciółka miała babcię. Przenocowaliśmy u niej i wyruszyliśmy do Szengurska. Do ojca musiałyśmy przepłynąć łódką na drugą stronę rzeki. Zajmowała się tym wyznaczona osoba, ponieważ rzeka była szeroka. Przewoźnikiem był Rosjanin w podeszłym wieku, który dał nam do rąk wiosła, które były umocowane przy łódce z dwóch stron. Wiera zapłaciła starcowi. Wspięliśmy się po głębokim korycie rzeki. Moja przyjaciółka dobrze znała miasto, zaprowadziła mnie do ojca, a on wziął nas do zacisznego miejsca. Przyniósł torbę kruków, oskubaliśmy je i ugotowaliśmy. Wręczył nam je na drogę…

 

Żyliśmy z dnia na dzień w nadziei, że nadejdą lepsze dni…

 

W 1943r. ojciec wrócił do nas. Wyszło rozporządzenie o mobilizacji, które mówiło, że każdy zdolny do wojska jest powołany. Ojciec wziął mojego brata, kłamiąc, że jest pełnoletni, byleby się stąd wydostać. Wojna toczyła się nadal. Przychodziły wiadomości o kolejnych zgonach. Modliliśmy się o przeżycie. Od ojca i brata nie mieliśmy żadnych wiadomości.

 

Po czterech latach spędzonych na dalekiej Północy wywieźli nas z tajgi bazą okrętową do Archangielska, gdzie dali kilka dni odpoczynku. Dostaliśmy chleb i ryby, a następnie zostaliśmy załadowani do pociągu. Przywieźli nas w 1944 roku na Ukrainę do państwowych gospodarstw, gdzie odbywały się wykopki, żniwa i wycinanie zielska w zbożu. Wreszcie byliśmy do czegoś przydatni. Przyjechaliśmy do Charkowa. Tu nas zapędzono do wojskowej łaźni, a ubrania wzięto do dezynfekcji. Po zamknięciu komory robactwo w niej się znajdujące spadało na ruszty. Po umyciu zostaliśmy przewiezieni do Kirowgoradu, gdzie spędziliśmy 2 lata. Byłam w szpitalu. Dwa miesiące męczyłam się z wysoką gorączką oraz krostami na ciele.

 

10.02.1946 r. przywieźli nas do Wrocławia. Z Wrocławia dali nam wagon za darmo jako repatriantom do Opoczna, czyli do rodzinnej wioski mojej mamy. Zamieszkaliśmy u babci. Po dwóch latach powrócił brat wrócił z wojennej tułaczki oraz ojciec ze szpitala lubelskiego z ranami na nogach.

 

Życie mamy jedno. Przykro jest, że można w nim doświadczyć czegoś tak okrutnego jak wojna…

 


Serwis działa na silniku www.windu.org