Muzeum Historyczno-Wojskowe

» Historie rodzinne » Józef Trzeciak

 


Zdjęcia ojca Andrzeja i matki Ludwiki wykonane w 1941 r. do niemieckiego paszportu.


Moje zdjęcie wykonane w Königsberg.


Koledzy - robotnicy przymusowi w Königsberg. Czwarty od lewej Józef Trzeciak.




Koledzy z baraku: z lewej-Mikołaj Kiślaczuk (żyje do dziś); w środku-Żeniek (zginął podczas nalotu na Königsberg); z prawej - Siemieniuk (Rosjanie zabrali go na front, nie chciał walczyć i przestrzelił sobie rękę).


Zdjęcie przed moim domem rodzinnym w Peliszczach (Białoruś) z matką i siostrą.


Zdjęcie w 2003 r. przed kościołem w Peliszczach: kuzynka Marysia Kuchta, Józef Trzeciak, brat Wacław i siostra Anna .

 

 

 

 

Urodziłem się 28 listopada 1923 r. w Peliszczach koło Brześcia nad Bugiem (obecnie Białoruś). Rodzice moi Andrzej i Ludwika mieszkali tam od urodzenia do śmierci. Pracowali od świtu do zmierzchu na swej roli. Mieli 13 hektarów ziemi.


Po wojnie zatrudnieni byli w „kołchozie”. Ojciec zmarł w 1975 r., a matka w 1983 r. Moja siostra Anna Trzeciak, ur. w 1921 r. jest krawcową i do dziś mieszka w domu rodzinnym. Pozostał tam też mój brat Wacław Trzeciak, ur. w 1927 r.


1 września 1939 r. wybuchła wojna. Walk we wsi nie było, jedynie dochodziły odgłosy artylerii z broniącej się dzielnie Twierdzy Brzeskiej, której załoga poddała się Niemcom po 2-tygodniowej obronie 17 września 1939 r. z braku żywności i amunicji.


Tego dnia weszli na tereny Polski ze Wschodu Rosjanie i stworzyli swoją administrację. Polacy mogli jeszcze gospodarzyć na swojej ziemi.


Pamiętam, jak 10.02.1940 r. nastąpił pierwszy wywóz Polaków na Syberię. Wśród nich byli przedstawiciele miejscowej inteligencji, głównie nauczyciele i księża. NKWD przychodziło w nocy, można było zabrać tylko bagaż podręczny. Zatrzymanych wsadzano najpierw na podstawione ciężarówki, zawożono na dworzec i ładowano do bydlęcych wagonów. „Podróż” na Sybir trwała do dwóch miesięcy.


W sumie przeprowadzono 4 takie wywózki, ostatnia miała miejsce 20 czerwca 1941 r. A w niedzielę, 22 czerwca 1941 r. przyszli Niemcy… Rozpoczęła się wojna niemiecko - rosyjska. Właśnie wychodziliśmy z mszy św. z kościoła, gdy wjechały 2 czołgi niemieckie z piechotą. Zniszczyli we wsi jeden czołg rosyjski i zabili jednego czołgistę. Drugi czołg rosyjski zdołał uciec...


Tym razem Niemcy stworzyli swoją administrację, gospodarze pracowali nadal na swojej ziemi. Wprowadzono obowiązkowe kontyngenty zboża i żywca. Polegało to na tym, że do gospodarstwa przychodził sołtys i wyznaczał co i w jakiej ilości trzeba oddać Niemcom na kontyngent.


1 czerwca 1943 r. w wieku 19 lat zabrany zostałem na roboty przymusowe do Niemiec. Również i w tym przypadku sołtys wyznaczał osoby z wielodzietnych rodzin. Możliwości odwołania się nie było. Skierowano mnie do Königsbergu (Królewiec).


Pracowałem w stoczni przy rozładunku i załadunku rozmaitych towarów. Zakwaterowani byliśmy w barakach. Praca odbywała się na zmiany po 12 godzin. Za przepracowane godziny otrzymywaliśmy wynagrodzenie pieniężne. Wraz ze mną byli na robotach Polacy, Białorusini, Litwini i Ukraińcy.


Żyliśmy w zgodzie. Niemcy zachowywali się w stosunku do nas normalnie. Mój niemiecki szef-pan Mix był bardzo dobrym człowiekiem. Dysponentem rozdzielającym pracę był Józef Kaliszewski z Poznania - posiadający niemiecką grupę narodowościową.


Po pracy mieliśmy czas wolny na odpoczynek. Polakom nie wolno było chodzić do kina, teatru, ZOO, ani też jeździć tramwajem. A ja byłem wszędzie tam, gdzie było zabronione. Odpinałem wtedy znaczek rozpoznawczy z literą „P” (Polacy zatrudnieni na robotach w Rzeszy musieli nosić go na widocznym miejscu ubrania) i ruszałem zwiedzać miasto. Pewnego razu jednak przydarzyła mi się niebezpieczna historia: jechałem wtedy tramwajem z fabryki dykty, znaczek „P” miałem schowany w kieszeni. Na przystanku wsiadł do wagonu policjant. Spojrzał na mnie podejrzliwie jeden raz, potem jeszcze raz i zapytał- kto ja jestem…czy nie jestem przypadkiem Polakiem. Odpowiedziałem, że nie, a on dalej zapytał kim w takim razie jestem. Odpowiedziałem, że jestem Białorusinem…no i uwierzył na słowo i zostawił w spokoju bez sprawdzania dokumentów. W moim „Auswajsie” było wyraźnie zaznaczone, że jestem Polakiem. Za brak znaczka „P” groziła kara grzywny w wysokości 20 marek.


W 1944 r. rozpoczęły się alianckie naloty bombowe na miasto. Prawie całe miasto legło w gruzach. Paliło się 2 tygodnie. Było dużo zabitych i rannych. Zbombardowane zostały nie tylko zakłady pracy, ale i też domy cywilne. Nasz barak mieszkalny też się spalił.


Wiosną 1945 r. Rosjanie okrążyli Königsberg, ostrzeliwali je z „Katiusz” i innych dział, bombardowali z samolotów, na koniec weszły do akcji czołgi wsparte piechotą. 9 kwietnia 1945 miasto zostało zdobyte.


Myśmy siedzieli ukryci w bunkrach, gdy przyszli żołnierze rosyjscy wypędzili nas na tyły. Po tygodniu Polaków i Białorusinów zebrano w kolumny marszowe i popędzono do Polski. Tak szliśmy cały miesiąc. Z dwoma kolegami doszliśmy do Bielska Podlaskiego. Tam okazało się, że zostały wytyczone nowe granice Polski i mój dom rodzinny znalazł się na terytorium Rosji. Mimo wielkiej tęsknoty do bliskich zostałem w Polsce…nie chciałem smakować ruskiego chleba. Z rodziną nawiązałem kontakt listowny.


Dowiedziałem się później, że mój brat został zesłany na Syberię za przynależność do Armii Krajowej.


Jego oddział walczył najpierw z Niemcami, a po 1945 r. po zajęciu tych ziem polskich przez Rosję Sowiecką nie ujawnił się i kontynuował walkę przeciwko nowym najeźdźcom. W okresie 1948/1949 NKWD rozpracowało oddział i aresztowało wszystkich partyzantów. U brata znaleziono schowany pistolet maszynowy. Przesłuchiwany był w oddalonym od domu o 30 km Brześciu. Otrzymał wyrok za działalność antyradziecką i posiadanie broni. Wywieźli go do łagru do Republiki Komi. Tam pracował ciężko w kopalni węgla pod stałym nadzorem. Przebywał m.in. z księdzem z Brześcia i z Wilna. Powrócił w 1956 r. Mieszka do dziś na Białorusi. Teraz jest na emeryturze.


A ja po wojnie pracowałem w wielu miastach Polski. W Toruniu zatrudniony byłem w „Atrze”. Obecnie jestem na „lichej” emeryturze…

 

 

"Cóż to się Janek z lekcjami grzebie,

Patrz - Pan z wąsami patrzy na Ciebie.

Brwi groźnie zsunął i szablę ściska,

nawet mu drgnęły czarne wąsiska.

Wnet wszystko zrobił, do stołu zasiada

i polską książkę na nim rozkłada".

 

Wiersz o Józefie Piłsudskim nauczony w Szkole Powszechnej w Peliszczach w 1935 r. Zawsze w dzień imienin Marszałka (19 marca) wszystkie dzieci w szkole otrzymywały cukierki w prezencie od Józefa Piłsudskiego.

 


Serwis działa na silniku www.windu.org