Muzeum Historyczno-Wojskowe

» Historie rodzinne » Edward Banaszak

W ramach opracowywania losów porucznika Leonarda Ramczykowskiego natrafiliśmy na jego dyplom ukończenia VII Kursu Podchorążych Rezerwy Piechoty w Śremie 15.04.1927 r. Plutonowy podchorąży L. Ramczykowski wysłany był na ten kurs z 67 Pułku Piechoty. Pułk ten stacjonował w garnizonie Brodnica (2 batalion i batalion zapasowy w Toruniu). W czasie wojny obronnej 1939 wchodził w skład 4 Dywizja Piechoty walczącej w Armii Pomorze.

 

Na dyplomie widnieje mało czytelny podpis Dowódcy Baonu Szkolnego Okręgu Korpusu VII. Badając dzieje tej wojskowej uczelni ustaliliśmy, że Dowódcą Baonu Szkolnego w roku 1927 był major Edward Banaszak. We "wszechwiedzącym" internecie natrafiliśmy następnie na opracowanie dot.losów Edwarda Banaszaka. Sporządził je jego syn. Nawiązaliśmy kontakt z wnukiem Edwarda Banaszaka w Szczecinie i otrzymaliśmy zgodę na publikację losów majora na stronie naszego Muzeum. Oto i ona:


Dedykowane moim Dziadkom, posiadaczom „Gryfa Pomorskiego” (i nie tylko)

 

Mój dziadek „po mieczu” przyjechał do Szczecina na początku 1948 r., „wynosząc się” z Sycowa na Dolnym Śląsku, ponieważ tam wciąż było zbyt blisko do Ostrowa Wielkopolskiego i Parczewa (w Wielkopolsce), zbyt blisko dawnego majątku rodzinnego jego żony, Ireny z Majerowiczów Banaszakowej (12 grudnia 1939 r. samotne kobiety Majerowiczów i ich dzieci wypędzili z pałacyku w Parczewie Niemcy, a w lecie 1945 r. – polscy komuniści). Do Polski powrócił z niemieckiej niewoli via Francja i Anglia, na wyraźne oświadczenie swojego kilkunastoletniego syna, że „Ojczyzny nie opuści nigdy” i żony, która także nie chciała Ojczyzny opuścić. We Francji zostawił zakupioną do spółki ze szwagrem (Tadeuszem Majerowiczem) winnicę i jego samego – bo Tadeusz, jako oficer Oddziału II WP mógł w „nowej Polsce” dostać tylko „czapę”.
 

Początkowo dziadek paradował w zielonym battledress’ie i z amerykańskim workiem na ramieniu – aż do momentu, kiedy mógł kupić porządne cywilne ubranie. Podobno radził mu się z tym pospieszyć oficer RKU (Rejonowej Komendy Uzupełnień), który odnotował w ewidencji fakt powrotu „sanacyjnego oficera” za Zachodu do Polski i wydawał potrzebne do życia dokumenty.

 

Dziadek był mężczyzną niewielkiej postury, ale zawsze silnego ducha. Niezależnie od okoliczności golił się codziennie (nawet w oflagu w Murnau), krótko strzygł wąsik i lubił porównywać się do pułkownika Jerzego Wołodyjowskiego. Umiał „robić” szablą i podobno za młodu dobrze boksował. Na pewno był dobrym żołnierzem.

 

W Szczecinie znalazł się po raz drugi w swoim życiu – pierwszy raz defilował tu w czasie I wojny światowej jako jeden z wielu Polaków wcielonych do armii pruskiej (po dwóch latach nauczania polskich dzieci w wiejskiej szkole). Z armii tej został zwolniony (w stopniu ppor. rez. – Polak!!!) przez Żołnierski Komitet Rewolucyjny w Poznaniu, po czym przyłączył się do Powstania Wielkopolskiego i od tego czasu, choć nigdy wojska „jako takiego” nie kochał, w Wojsku Polskim pozostał, dzieląc jego sukcesy i niedole. Wojowanie zakończył 2 października 1939 r., kiedy po rozwiązaniu(*2) dowodzonego przez siebie 81 pp Strzelców Grodzieńskich próbował przekroczyć Pilicę – został więźniem kazamatów Koenigsteinu, a następnie oflagu Murnau. Był współwięźniem m.in. admirała Józefa Unruga, postaci ciekawej i ważnej w dziejach Pomorza, symbolicznej dla naszej floty i obrony wybrzeża. Prawdopodobnie w tym obozie poznał też Pawła Zarembę, młodszego brata pierwszego polskiego Prezydenta Miasta Szczecina, prof. Piotra Zaremby. O ile mi wiadomo, w Szczecinie miał bezpośrednio “do czynienia” z prof. Zarembą, ponieważ dziadek pracował jako księgowy w tworzonym po wojnie przedsiębiorstwem remontowo-budowlanym. Pamiętam, z jaką radością pokazywał mi chyba pierwsze wydanie wspomnień Prezydenta “Pierwszy szczeciński rok”. Zapamiętałem jego słowa:

 

- No, to nareszcie się ukazało! A ja myslałem, że mu nie wydadzą…

 

Ale to już były wczesne lata 70-te, w których zwiększyła się swoboda wypowiedzi.

 

Po II wojnie światowej nowe władze w Polsce nie zaakceptowały powrotu „sanacyjnego” pułkownika w rodzinne strony. Skorzystał więc z zaproszenia powinowatej, która spod Konina przeniosła się na Ziemie Odzyskane i podsunęła mu myśl o przeczekaniu „złego czasu” na „Dzikim Zachodzie”, czyli w Szczecinie. Ciekawostką jest, że w tym kręgu rodzinno/towarzyskim znalazła się była lektorka siostry Feliksa Dzierżyńskiego, którego „własna matka przeklęła na łożu śmierci za to wszystko, co uczynił narodowi Rosyjskiemu” (w powojennej rzeczywistości nikt o tym nie wspominał publicznie).


* * *

 


Po przyjeździe do Szczecina dziadek podjął pracę w przedsiębiorstwie transportu międzynarodowego „WARRANT” (została później wchłonięta przez „Hartwig”). Mój ojciec wspomina, że dziadek mieszkał wtedy w małym pokoiku przy ul. M.Buczka (obecnie J.Piłsudskiego) nr 13 lub 14, a spod jego łóżka wystawały końcówki grubych lin. Następnie został księgowym w Szczecińskim Przedsiębiorstwie Remontowo – Budowlanym nr 1 i z niego odszedł na emeryturę (zaliczono mu lata służby w przedwojennym Wojsku Polskim). W 1950 roku został odznaczony „Gryfem Pomorskim”. Po październiku 1956 proponowano mu pracę w Wojskowym Instytucie Historycznym – niestety, okazało się, ze jest ciężko chory (rak krtani powrócił 22 lata później i stał się przyczyną śmierci). W czasie emerytury dużo czytał, przede wszystkim książki opisujące batalie i ludzi II wojny światowej. Starannie analizował mapy, notował na marginesach...

 

Nigdy nie udało mu się wrócić do nauczania dzieci, choć to był jego wyuczony i wymarzony zawód. Skromną tego namiastką był okres 1922-1928, w którym był komendantem Szkoły Podchorążych Rezerwy Piechoty nr 7 w Śremie. Na stare lata rekompensował to sobie w czasie szkolnych pogadanek historycznych, które prowadził jako wysłannik Koła Powstańców Wielkopolskich ZBoWiD. Był bardzo zadowolony, kiedy licealiści nie chcieli wyjść na przerwę i zadawali mu „mnóstwo dodatkowych pytań”. Ponadto próbował uczyć mnie języków obcych i boksu – ale to już zupełnie inna historia...


* * *

 

 

Babcię Irenę wspominam jako piękną kobietę o świetlistych włosach. Słabo ją pamiętam, bo rak zabił ją zbyt wcześnie. Do Szczecina przybyła w ślad za szwagierką (lekarzem stomatologiem – Zofią z Roszkowskich Majerowiczową) i mężem – Edwardem. Pracowała w Spółdzielni Spożywców „SPOŁEM”. Była znanym i cenionym pracownikiem; została odznaczona między innymi „Gryfem Pomorskim”. Nikt nie odznaczył jej za to, co robiła w czasie wojny – jak wielu innych wolała nie chwalić się współpracą z Armią Krajową.

 

Oboje do swojej „małej ojczyzny” wrócili dopiero po śmierci – zostali pochowani w rodzinnym grobowcu Majerowiczów, na cmentarzu w Wysocku Wielkim, niedaleko od Parczewa.


Opracował: Wojciech Banaszak. Fotografie pochodzą ze zbiorów rodzinnych autora.

 

*1 – Eszelon “Wielkopolan” kierowany był na odsiecz Lwowa (walki z Ukraińcami). Order VM Edward Banaszak otrzymał za udział w “wojnie bolszewickiej” – za zdobycie Nasielska lub forsowanie Niemna.
*2 – Pułk poniósł bardzo ciężkie straty i praktycznie utracił zdolność bojową.


Serwis działa na silniku www.windu.org